Akcja antyoksydacja, czyli bomba z witaminy C i Aceroli od Avy       

 

No dobrze, urodziny po osiemnastce to (oprócz imprezy i prezentów) coraz mniej przyjemna sprawa. Po osiągnięciu ćwierćwiecza decydujemy się na wizytę w drogerii w celu rozpoczęcia poszukiwań kosmetyków, które nie pozwolą szybko odejść kochanej młodości. Dziś kilka słów o naszej pierwszej, przeciwstarzeniowej  zdobyczy…

Za co uwielbiamy wit.C

Profilaktycznie postawiłyśmy na znaną wszystkim witaminę C, królowej wśród przeciwutleniaczy. O jej cudownych właściwościach krążą legendy i wcale się temu nie dziwimy. Oprócz hamowania działania wolnych rodników i innych skutków promieniowania UV, witamina C korzystnie wpływa na produkcję kolagenu, kwasu hialuronowego, ceramidów, dzięki czemu skóra jest jędrna, nawilżona i wzmocniona. Kwas askorbinowy uszczelnia naczynia krwionośne, zmniejszając ich tendencję do pękania. Kosmetyki z witaminą C nie tylko ukoją skórę, zmniejszając zaczerwienienia, lecząc stany zapalne i gojąc drobne rany, ale także ją rozjaśnią (również przebarwienia). Ze stosowania kwasu askorbinowego zadowolone będą także cery tłuste i trądzikowe, gdyż hamuje on proces wytwarzania łoju oraz pomaga w walce z wypryskami poprzez lekkie złuszczanie.

AVA1

Co znajdziemy w Aktywatorze Młodości AVA

To właśnie 100% witamina C, w dodatku z wiśnią z Barbados, czyli Acerolą (100 gram owoców = 1400-2500mg witaminy C ­– WOW!), jest głównym składnikiem koncentratu firmy Ava, pod kuszącą nazwą Aktywator Młodości. 30 mililitrów raczej bezzapachowego płynu znajduje się w estetycznej, ciemnej buteleczce z pipetką. Producent informuje, że serum przeznaczone jest dla „skóry dojrzałej, z widocznymi zmarszczkami, zniszczonej przez promienie UV, z plamami i przebarwieniami oraz jako profilaktyka przeciwstarzeniowa’. Mimo że nie jesteśmy „książkowymi” adresatkami, zdecydowałyśmy się na zakup produktu ze względu na ową profilaktykę i kilka przebarwień, które zdążyłyśmy już zaakceptować, ale nie obrazimy się, jeśli cudownie znikną. :)

Stosowanie Serum AVA

Jeśli chodzi o aplikację, to postępujemy zgodnie z radami Avy, trochę wklepując, trochę wmasowując niewielką ilość w oczyszczoną skórę twarzy i szyi. W związku z tym, że naszym nocnym ulubieńcem jest recenzowane wcześniej serum korygujące z Bielendy [link], po koncentrat z witaminą C chętnie sięgamy rano. Na jedno zastosowanie potrzebujemy około 1/5 pipetki, co daje jakieś 5-6 kropelek. Zazwyczaj odczekujemy 10-20 minut, w zależności od czasu, jakim dysponujemy na rytuały danego poranka (czyli.. ile drzemek w telefonie ustawimy) i nakładamy krem z filtrem. Zastosowanie kremu nawet po trzech minutach nie będzie problemem, bo serum wchłania się fantastycznie: szybko i do matu – nie ma mowy o żadnej lepkiej warstwie, co jest ogromnym plusem.

Pora na kilka „U”wag na temat działania serum, jakie udało nam się wychwycić podczas 6 tygodni regularnego stosowania:

  • UKOJENIE: koncentrat doskonale łagodzi zaczerwienienia i stany zapalne. Skóra wygląda zdrowo, a czerwone plamki różnego pochodzenia stopniowo znikają.
  • UJĘDRNIENIE: nie możemy powiedzeń nic o wygładzeniu zmarszczek, ale jedno jest pewne ­– po zastosowaniu skóra jest przyjemnie napięta (nie zaś ściągnięta!) i jednocześnie miękka.
  • UJEDNOLICENIE: rzeczywiście dostrzegamy lekkie rozjaśnienie skóry. Ciemniejsze miejsca, np. przebarwienia posłoneczne i po wypryskach z tygodnia na tydzień stają się mniej widoczne. Jesteśmy ciekawe, do czego to dojdzie.
  • UAKTYWNIENIE: nie wiemy, czy to określenie jest do końca trafne, ale chyba rzeczywiście zaobserwowałyśmy wzmożoną syntezę kolagenu i kwasu hialuronowego, o której wspominałyśmy. Szara skóra po kilku aplikacjach stała się nieco bardziej promienna, nawilżona i hm… pobudzona? Wygląda to tak, jakby zwiększyła się wchłanialność dobroczynnych substancji z wszystkich innych naszych „mazideł”. Doceniamy to!

Trudno mówić o minusach koncentratu, bo ich nie zauważamy. Być może na ten temat będą miały więcej do powiedzenia osoby, które testowały produkt na cerze dojrzałej. Trudno też powiedzieć cos o działaniu ukierunkowanym na naczynka krwionośne po stosunkowo niedługim okresie testowania. Jedno jest pewne – zmiany się nie zaostrzają, nie ma podrażnień, a to już duży plus. Jeśli zaobserwujemy coś więcej, z pewnością się tym podzielimy.

Tymczasem pora na krótką analizę składu:

  1. Aqua ­– wiadomo…;
  2. Sodium Ascorbyl Phosphate – witamina C;
  3. Glycerin ­– gliceryna (składnik nawilżający);
  4. Malpighia Glabra Extract – Acerola;
  5. Phenoxyethanol – konserwant z grupy alkoholi;
  6. Ethylhexylgkycerin – (naturalny konserwant o działaniu nawilżającym);
  7. Sodium Carbomer – sól sodowa polimeru kwasu akrylowego (zagęszcza konsystencję).

Myślimy, że w kosmetyku niepotrzebnie występują aż dwa konserwanty. Za to cieszymy się, że skład jest krótki i nie ma w nim substancji zapachowych, bo i po co? Jak widać, witamina C i Acerola nie są tylko dodatkami i nie giną w gąszczu „ulepszaczy” na ostatnich miejscach. Są i spisują się tak, że na resztę możemy przymknąć oko, bo nie jest to aż tak wielkie zło.

W każdym razie, na tę chwilę, jako element profilaktyki przeciwstarzeniowej, Aktywator Młodości sprawdza się znakomicie. Cena też nie jest wygórowana, bo 22 złote za przyjemną (mamy nadzieję, że nie złudną) świadomość skutecznej walki z wolnymi rodnikami, to nie taki majątek. Tym bardziej, że buteleczka serum to przynajmniej miesiąc stosowania na dzień i na noc. My cieszymy się jedną sztuką zwykle przez około dwa. I to bardzo!

Czekamy na Wasze recenzje i polecenia „Aktywatorów młodości” z witaminą C! Może macie coś równie godnego polecenia?

 

5 komentarzy

    Używam od niedawna i poleciłam też mamie. Jest zachwycona, bo szybko zauważyła efekt nawilżenia i przyjemnego napięcia skóry. :-)

    Ciekawe czy połączenie z kosmetykiem z witaminą E wzmocniło by efekt. Skoro te dwie witaminy, w działaniu od wewnątrz, tworzą świetny duet antyoksydacyjny od zewnątrz pewnie też im wyjdzie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tea Time – Czyli moje dłonie pachną herbatą!

Tak, pisząc tę recenzję rozkoszuję się delikatnym herbacianym zapachem (bynajmniej nie popijam herbaty…;)). Odkąd YOPE zawojował Instagram, byłam bardzo ciekawa tej firmy i ich produktów, a że ostatnio szukałam kremu do rąk – padło na…

2 miesiące temu

Jak zdetronizować olejki, czyli recenzja kremu nawilżającego Power of Minerals

Nadeszła ta najmniej spodziewana chwila. Oto ja, wierna fanka codziennej aplikacji rozmaitych olejków na twarz, po roku zachwytów, sięgnęłam po KREM. Szczerze mówiąc (hm…pisząc), byłam przekonana, że genialne efekty stosowania jojoby, dzikiej róży, słodkich migdałów…

1 rok temu